21 czerwca 2010

"Jestem nauczycielką i jestem lesbijką"

Wyznanie Marty Konarzewskiej, polonistki w łódzkim liceum, redaktorki "Furii", lesbijki na łamach wyborczej. Tekst ważny i odważny, bo w Polsce o istotnych sprawach zwykło się nie mówić, a wręcz z przyzwyczajenia zbywa się je milczeniem i zamiata pod dywan.

"Homofobia nie potrzebuje twardych gestów. Wystarczy milczenie, ciche przyzwolenie na działanie krzywdzącej normy.

Jeżeli jesteś gejem, trans, bi, czy lesbijką - musisz przyjąć do wiadomości, że jesteś normalna. Niby o tym wiesz, ale boisz SIĘ PRZYZNAĆ. Rzecz w tym, że nie ma się do czego przyznawać, bo nie ma w tym ani twej winy, ani żadnego wstydu.

Gdy pierwszy raz napisałam "jestem lesbijką", ze świadomością, że to o mnie i że wydrukuje to "Gazeta Wyborcza" i wszyscy to zobaczą, poczułam, jak ścisnęły mi się żebra. Dalej się boję.

Ale uświadomiłam sobie, że od lat chodziłam z zapadniętym żołądkiem. Bałam się na marszach równości. Na konferencjach, gdzie coś mówiłam a były tam media. Na ulicy ze swoją dziewczyną.

Bałam się czytając napisy na szkolnych ławkach "Konarzewska to lesba", gdy podpatrzyli nas jacyś uczniowie. Bałam się chichotów, które słyszałam wchodząc do klasy.

Przeszłam przez śmiechy, pogardę, "wielkoduszne" przemilczenie, a w końcu - kiedy złamałam pakt milczenia - groźbę zwolnienia z pracy.

Przeżyłam aluzje do moich tekstów, zdjęć na portalu lesbijsko - feministycznym, do mojego życia. Czułam się jak oskarżona o przestępstwo.

Jak byłam na stażu wysłuchiwałam koleżanki, która "badała" moją orientację, a potem wychwalała szkołę za wielkoduszność. "Bo jeśli ktoś okaże się lesbijką, a dyrektor zatrudni ją na stałe? Czy zdajesz sobie sprawę , co to DLA NIEGO znaczy?". Milczałam. Sądziłam, że inna reakcja byłaby poniżej godności.

Dziś nie mam już siły milczeć. Dziś mówię: tak, jestem lesbijką, z tego powodu dyrektor mnie nie chce dalej zatrudniać. Sprawdźmy: co TO dla niego znaczy?"
Więcej...http://wyborcza.pl/1,76842,8034607,Jestem_nauczycielka_i_jestem_lesbijka.html?as=1&startsz=x#ixzz0rtoj1ejh

20 czerwca 2010

Les w kadrze

for. Hanna Jarząbek

Ważnego projektu fotograficznego podjęła się Hanna Jarząbek, który pokazuje pary lesbijskie w życiu codziennym. Jak podkreśliła fotografka, chciała pokazać, że życie lesbijki, to nie tylko życie erotyczne.
Tekst Violetty Szostak, rozmowa z Hanna Jarząbek, rozmowa z jedną z par oraz foty na: http://wyborcza.pl/1,75248,7998851,Tak_myslalam_____Baba.html
Foty można obejrzeć na wystawie "Ars Homo Erotica" w Muzeum Narodowym w Warszawie

14 czerwca 2010

Czy gej jest mężczyzną?- zapytamy Karola Radziszewskiego


Czy gej jest mężczyzną?
17 czerwca (czwartek) 2010 r. o godz. 18.00 w Centrum im.L.Zamenhofa

gość spotkania: Karol Radziszewski
prowadzenie: Małgorzata Skowrońska

Wstęp wolny

Czy stwierdzenie "męski gej" to oksymoron i czy gej w ogóle jest mężczyzną?
Odpowiedzi na te z pozoru kuriozalne pytania i na wiele innych zagadek współczesnej męskości poszukiwać będziemy w czasie ostatniego Spotkania z Genderem.
Po meandrach męskości i niemęskości wędrować będą: Karol Radziszewski - malarz, performer, publicysta, redaktor naczelny magazynu DIK FAGAZINE, prowadząca Małgorzata Skowrońska - socjolożka i romanistka, żywo zainteresowana problematyką gender i queer oraz oczywiście – Nasza Wierna Publiczność :)
Wszystkich zainteresowanych i wszystkie zainteresowane niezmiennie zapraszamy

12 czerwca 2010

Czego od zawsze chciał Karol Radziszewski?

O męskości i niemęskości gejów

Czy gej jest mężczyzną? Przyczynki do teorii postpłciowości.

Geje, postawieni przed kulturowym trybunałem identyfikacji płciowej, muszą dokonać wyboru: jesteś mężczyzną czy kobietą? Wbrew pozorom odpowiedź, jakiej udzielają, nie jest jednoznaczna, prosta, oczywista. Tym bardziej, że nie może zostać ona udzielona raz na zawsze, lecz musi być z mozołem powtarzana – reiterowana – w każdej i we wszystkich chwilach codzienności. Wciąż należy dowodzić swojej męskości – lub jej zaprzeczać, przywoływać jej wzorce – lub je przekraczać. Spróbujmy dokonać szkicowego rozpoznania strategii postępowania wobec tej zagadkowej instancji płci w odniesieniu do tych, którzy określani są i określają się jako homoseksualni mężczyźni. W jaki sposób możliwa jest i – jeśli jest możliwa – jak jest oznaczana homoseksualna płeć – oto pytanie, przed którym stajemy. Potrzebne jest jeszcze przed wyruszeniem w tę intelektualną podróż wyjaśnienie, dlaczego zajmujemy się wyłącznie płcią gejów, a nie po prostu płcią osób homoseksualnych. Otóż na obecnym etapie moich badań wydaje mi się, że niewłaściwe jest podejmowanie jakichkolwiek analiz w obrębie narracji uniwersalizującej. „Kobiecość” (jest czymś niesłychanie ponurym, że trzeba to przypominać) to nie to samo, co „męskość”, dlatego mówienie po prostu o płci i analizowanie po prostu instancji płciowej bez względu na pozycję, z jakiej dokonywany jest jej ogląd, jest błędem prowadzącym do nieuzasadnionej ekstrapolacji opisu jednej pozycji (np. męskiej) na całość kategorii (np. płciowej). Prowadzi to do zawłaszczającego pisania kategorii z jednej tylko pozycji, a tego chcemy unikać. Z pewnością wiele ścieżek, jakimi podążymy w dalszych rozważaniach, okaże się interesująca z perspektywy problematyki związanej z konstrukcją lesbijskiej kobiecości, jednak stopień i sposób, w jaki wiąże się ona z problematyką konstruowania gejowskiej męskości powinien zostać prześledzony w odrębnym tekście, pisanym z pozycji kobiecej.


Czym jest płeć?


Wydaje się, że wiemy, czym jest płeć, jednak ponawiane dyskusje na temat tej kategorii dowodzą, że w rzeczywistości wciąż szukamy sposobów mówienia i myślenia o tym przejawie naszej identyfikacji i o tym aspekcie identyfikowania nas. Płeć okazuje się być instancją fraktalną: im bliżej jej się przypatrujemy, tym głębsze warstwy zadziwiających struktur w niej odnajdujemy. Nie wystarcza nam już podział na płeć biologiczną i płeć kulturową, choćby z tego powodu, że podział na to, co naturalne i to, co kulturowe, okazuje się być podziałem zaledwie umownym, co, jak słusznie wskazuje Jacques Derrida , ujawnia choćby słynny zakaz kazirodztwa: powszechny (czyli spełniający wymogi wystarczające do uznania go za element gatunkowego (biologicznego) wyposażenia człowieka), a jednak kulturowy (jako zakaz moralny). Myślenie o płci okazuje się trudniejsze, niż nam się pierwotnie wydawało. Czym zatem ona jest?Judith Butler zakłada, że płeć jest kategorią będącą konstytutywnym elementem procesów wymuszających obowiązkowy heteroseksualizm i jako taka stanowi niezbędny element mechanizmów utrwalania fallocentryzmu – dominacji męskiej. Pójdźmy za tym tokiem myślenia. W aktualnym stanie przestrzeni kulturowej ludzie dzielą się na mężczyzn, posiadaczy i gospodarzy kultury i przestrzeni społecznej oraz kobiety, które są posiadane przez mężczyzn, są ich uzupełnieniem i uwyraźnieniem. Heteronormatywność kultury oznacza, że podstawowym schematem interakcyjnym jest w niej pożądanie heteroseksualne: mężczyźni pożądają kobiet, kobiety pożądają mężczyzn. Wzajemne pożądanie mężczyzn jest wykluczone, dodajmy za Eve Kosofsky Sedgwick , ponieważ interakcję pożądania heteroseksualnego uzupełnia interakcja męskiej rywalizacji, oznaczająca całą przestrzeń społeczną. Wszystkie stosunki społeczne: polityczne, gospodarcze, religijne, naukowe przez wieki kształtowane były przez walczących ze sobą mężczyzn, w związku z czym nadrzędnym paradygmatem normatywnym stać się musiał zakaz męskiego homoseksualizmu. Mężczyźni mieli rywalizować, a nie kochać się. W tym sensie nowożytna kultura oparta na przesłaniach judeochrześcijańskich dalece odeszła od perspektywy starożytnej, gdzie męsko – męska miłość bywała skutecznie wszczepiana w relacje społeczne. Tabu męsko – męskiego pożądania okazało się być jednak – jak uczy nas o tym psychoanaliza – nieskuteczne: pragnienie wyparte powróciło i zadomowiło się w zachodnioeuropejskiej przestrzeni cywilizacyjnej jako fundament przestrzeni homospołecznej – to określenie Eve Kosofsky Sedgwick. Mężczyźni związywali się ze sobą poprzez rywalizację: okazała się ona skutecznym, dostępnym, satysfakcjonującym sposobem na kompensowanie wyrzucenia z kultury otwartego pragnienia homoerotycznego. Im głębsze poczucie pustki i niespełnienia z powodu tabu homoerotycznego, tym bardziej gwałtowne przejawy kompensującej agresji: oto jeden z najważniejszych przejawów neurotyczności kultury zachodnioeuropejskiej. Agresji tym gwałtowniejszej, im bardziej wyparcie okazywało się nieskuteczne powracając pod postaciami bądź ukrytego, podziemnego homoerotyzmu, bądź w wysublimowanej formie różnorodnych form męsko – męskiej adoracji społecznej, m.in. w czci dla Mężów Stanu, Autorytetów Naukowych, Proroków. Natomiast pożądanie kobieco – kobiece zostało nie tyle wyparte, co zawłaszczone na użytek męskiej, heteroseksualnej rozkoszy. Kobiety miały pożądać mężczyzn jako wypełnienie ich heteroseksualnego pragnienia i w tym sensie homoerotyzm kobiecy także został objęty tabu. Było to jednak tabu innego rodzaju z tego powodu, że wykluczenie mężczyzny z pożądania kobiecego było zbyt jawnym skandalem, zbyt ostentacyjnym uderzeniem w kulturowe podstawy męskiej dominacji, by brać je poważnie. Na wszelki wypadek, by owego subwersywnego skandalu uniknąć, kobiety zostały w ogóle pozbawione seksualności i pożądania, miały być jedynie obiektem pożądania. Co ważniejsze – i co bardziej haniebne – homoerotyczne pragnienie kobieco – kobiece zostało wprowadzone w orbitę heteroseksualnego pragnienia męskiego w postaci męskiej fantazji erotycznej. W ten sposób lesbianizm został podwójnie unicestwiony, z góry skazany na milczenie, unieważniony. Wyparcie i unieważnienie: dwa gesty wobec homoerotyzmu męskiego i kobiecego, które ustanowiły pożądanie heteroseksualne jedynym, dominującym, nieodwołalnym.Dopiero z tej perspektywy można przystąpić do analizy sposobu, w jaki ustanawiana jest płeć: jest ona konstruowana z perspektywy męskiej dominacji i w obrębie heteroseksualnej matrycy, która oznacza wszelkie pożądanie jako heteroseksualne. „Męskość” to instancja dominująca, aktywna, posiadająca pragnienie. „Kobiecość” to instancja podporządkowana, milcząca, będąca jedynie obiektem pożądania. Zauważmy od razu: płeć jawi się nam nie tylko jako zestaw cech opisujących człowieka, nazywanych cechami płciowymi, lecz jest czymś nieskończenie więcej: jest kondycją, jest niepowtarzalną pozycją w sieci relacji kulturowych. W tym ujęciu płeć męska / męskość jest pozycją radykalnie różną od płci kobiecej / kobiecości. Co więcej, w gruncie rzeczy pozycją, a zatem swoistego rodzaju fantazmatycznym „miejscem” przestrzeni społecznej jest męskość, kobiecość jest tylko dodatkiem, uzupełnieniem, suplementem, jak mówi Derrida. Dyskurs płciowy, mający przecież swoje tak realne skutki w ciele, skonstruowany jest w ten sposób, że realną wydaje się być tylko płeć męska, jako oznaczająca sens płciowego binaryzmu: to z męskiej perspektywy jest on konstruowany i męskiemu interesowi ma służyć. Kobiecość w kulturze fallocentrycznej istnieje o tyle, o ile zostanie wypowiedziana przez męskość, jest bowiem zaledwie tym, czym nie jest męskość. Mówienie zatem o „płci w ogóle” oznacza mówienie z pozycji zawłaszczająco męskiej, bowiem wpisuje się w fallogocentryczny mechanizm wypowiadania męskości jako posiadania / nadrzędności i kobiecości jako podlegania / podrzędności. Nie istnieje „po prostu płeć”, ośmielmy się stwierdzić. Istnieje płeć męska i suplementarna do niej, podległa, podporządkowana płeć kobieca. Różnica pomiędzy męskością a kobiecością jest różnicą pomiędzy obecnością a pustką. Pustką pozostającą po usunięciu obecności, która jest wszystkim. Kobiecość jest okalającą męskość pustką, która podkreśla, uwyraźnia męskość, jest całkowicie wtórna wobec niej, to bowiem męskość jest tym, co jest, kobiecości zaś nie ma i nie może zostać w żaden sposób wypowiedziana inaczej niż poprzez męską obecność. Jeśli zatem mówimy „po prostu o płci”, mówimy wówczas jedynie o płci męskiej, tylko ona bowiem jest i tylko z jej perspektywy możliwe jest wypowiadanie instancji płci. Mówienie o kobiecości jest właściwe niemożliwie, ponieważ jest ona milczeniem i nie-obecnościa. Wszystko, co nam pozostaje, to uczepić się owego ruchu różnicy pomiędzy obecnością męskości i nieobecnością suplementarnej kobiecości i wskazywać, w jaki sposób to, co kobiece, jest haniebnie sprowadzone do „tego-co-dla-męskości”. Jednocześnie by wypowiedzieć kobiecość i by wypowiedzieć płeć inaczej niż fallogocentrycznie narazić się musimy na ruch w kierunku odwrotnym od tego utrwalonego kulturowym paradygmatem męskiej obecności. Zamiast zatem podążać od pustki ku pełni, od kobiecości ku męskości, podążać musimy ku kobiecości wykraczając w kobiecą nicość, w kobiecą pustkę, w kobiece nie-bycie, by na granicy pomiędzy Wszystkim i Niczym znaleźć szczelinę umożliwiającą wypowiedzenie kobiecości oraz nieheteronormatywnej i niedominującej męskości, na przykład męskości homoseksualnej. Płeć jest zatem czymś więcej niż zbiorem cech, jest ruchem, którego kierunek usiłujemy zmienić, którego konsekwencje usiłujemy odwlec. Kobiecość jako nieobecność i brak jest czymś radykalnie innym od obecnej męskości, jest zarazem szansą na wykroczenia poza Całość (konstruowaną w obrębie męskiego bycia) ku Innemu – niewypowiedzialnie kobiecemu – i przyjęcie spojrzenia nieobecnego Innego jako punktu wyjścia w re-konstrukcji nowej, niestabilnej, balansującej na granicy bycia i nie bycia, egzystującej jedynie poprzez szczeliny, pęknięcia i nieciągłości, kobiecości i pisanej z perspektywy Innego męskości. Płeć to ruch od bycia do niebycia, to instancja odkrycia takiej Inności, która pozwoli zaprzeczyć temu, co kulturowo usankcjonowane w obrębie procedur męskiej przemocy i wypowiedzieć nową kulturę, radykalnie Inną. Oto zatem ostatecznie to, o czym chcemy myśleć w tych rozważaniach: ruch od męskiej obecności ku kobiecej nieobecności, ruch negacji tego, co męsko – obecne po to, by poza horyzontem obecności odnaleźć ślad Innego. Odmieniec, homoseksualny mężczyzna, to być może jeden z takich śladów niewypowiedzianej poza-obecności Innego.


Budowanie płci


Butler przypomina nam mechanizm, przy pomocy którego konstruowana jest płeć, w ramach swoje teorii performatywności płci. Płeć jest ustanawiana w performatywnym – męsko uobecniającym – akcie kategoryzacji: „To jest dziewczynka”. „To jest chłopiec”. Ten pierwotny akt obejmuje wszelkie przyszłe codzienne akty płciowej identyfikacji, będą one nieustannym powtórzeniem tego pierwotnego, fundamentalnego aktu ustanowienia istoty ludzkiej jako mężczyzny lub jako kobiety. Powtórzenie to, jak nas nauczył Gilles Deleuze, nie jest tylko dodawaniem kolejnych razów do owego pierwszego, lecz „chodzi (...) o podniesienie pierwszego razu do n-tej potęgi.” Wszystkie inne momenty składające się na ludzkie życie, które związane są z identyfikowaniem się i byciem identyfikowanym w obrębie kategorii płciowych są powtórzeniem i przywołaniem pierwotnego aktu nadania tożsamości płciowej. Oznajmienie: „to jest chłopiec” w swym zakresie obejmuje cały gigantyczny gmach kulturowo skonstruowanej męskości, dominującej i heteronormatywnej. Podobnie w przypadku niewypowiedzialnej i uległej / podległej kobiecości. Kolejne powtórzenia męskości i kobiecości nie są niczym innym niż cytowaniem owej normatywnej tożsamości płciowej. Norma męskości i norma kobiecości, cytowana i reiterowana, prowadzi do wytworzenia, jak powiada Butler, złudzenia esencjalnej męskości i esencjalnej kobiecości, która jest niczym innym niż efektem inskrypcji: zapisania na ciele wzorów kulturowych. To, co jest i co jest powtarzane, to męska obecność, ze względu na którą i w obrębie której kształtują się wszelkie relacje kulturowe i społeczne. „Realna” jest męskość rozumiana jako kulturowo utrwalona norma i związane z nią preskrypcje oraz kobiecość, możliwa tylko że względu na męskość. „Realne” są tylko wzorce implantowane w nasze umysły mocą owego performatywnego aktu założycielskiego, powtarzanego do śmierci i nawet po niej. Dusza jest więzieniem ciała, powiadał Michel Foucault i miał rację: wszczepiony w umysły i wypisany na ciele sposób myślenia o płci stwarza iluzję substancjalnej płciowości, która wydaje się być naturalną, biologiczną bazą warunkującą w oczywisty sposób zachowania uznane za męskie i kobiece. Płeć jest iluzją, która staje się obecną rzeczywistością w ramach heteronormatywnego i fallogocentrycznego wypowiedzenia. Staje się „twardą” rzeczywistością kobiecego upodlenia i męskiej dominacji. Staje się rzeczywistością wyparcia męsko – męskiego pożądania i trywializacji pożądania kobieco – kobiecego. Staje się rzeczywistością, której skutki obserwujemy na swoim ciele i których doświadczamy w naszej codzienności. Płciowość konstruowana jest jako substancjalna iluzja przy użyciu retoryki różnicy biologicznej. Zazwyczaj w naszym pięknym przywiślańskim kraju rozmaici Mądrzy Akademicy przy okazji rozmowy o płci z uśmieszkiem wypowiadają błyskotliwe uwagi o tym, że oni mogą „każdemu postmoderniście” wytłumaczyć, czym jest płeć i na czym polega różnica pomiędzy mężczyzną i kobietą. Błyskotliwości im już jednak nie starcza, by zauważyć, że ludzie różnią się od siebie na setki innych sposobów, a różnice te są nierzadko równie głęboko zakorzenione w strukturach organizmu, jak różnice płciowe. Niemniej jednak – i to jest ostatecznie podstawowa uwaga – tylko wokół różnicy płciowej zorganizowano system upokarzającej podległości, jedną z płci ustanawiając „towarem” w społecznym systemie wymiany. Ten rodzaj niewolnictwa ustanowiony został w oparciu o takie same mechanizmy, na podstawie których ustanowiono niewolnictwo rasowe, choć w tym drugim przypadku o wolności lub niewoli decydował zaledwie kolor skóry. Niewolnictwo kobiet, trwające bez wątpienia do dziś w formie darmowych usług domowych, jakie świadczą kobiety na całym świecie swoim rodzinom, jest elementem szerszego systemu społecznego, w którym panują niepodzielnie heteroseksualni mężczyźni. Owszem, biologiczna różnica płciowa istnieje, ale istnieje w sieci systemu władzy i przemocy, które jedną z tych płci skazuje na niewolnictwo, milczenie i nieobecność. Co więcej, owo niewolnictwo przez wieki było, a nierzadko jest do dziś uzasadniane poprzez odwołanie do struktur biologicznych. Kobiecość miała być według tych teorii stworzona jako uległa, jako przeznaczona do macierzyństwa i „posług domowych”, jako biologicznie niezdolna do działalności wyższej, do wychylenia się poza kuchnię i sypialnię. Nie możemy zatem dziś, mówiąc o płci, swobodnie dywagować na temat biologicznych podstaw tego, co określamy jako „męskość” i „kobiecość” nie pamiętając, że właśnie instancja biologiczna była instancją uzasadniającą przemoc wobec kobiet. A chodzi przecież tylko oto, że jedni z ludzi posiadają macicę, a inni penisy! Ten w sumie dość bagatelny aspekt anatomiczny został jednak kulturowo oznaczony w ten sposób, że stał się podstawą fundamentalnego dla naszego kręgu kulturowego systemu społecznej nierówności, w ramach którego jedna połowa ludzkości została pozbawiona wszelkich praw i zapędzona do usługiwania drugiej połowie. Retoryka różnicy biologicznej jest skompromitowana, moralnie podejrzana, niewarta większej uwagi. Mówiąc o płci nie mówimy o detalach anatomicznych . Mówimy o przemocy, która od pierwszego momentu ludzkiego życia kształtuje nasze ciała na męskie lub kobiece i jest obecna w naszej codzienności, zapobiegając odchyleniu od przypisanej nam normy. Płeć jest zatem ustanawiana w nas jako instancja kulturowej przemocy. Na czym polega mechanizm owego ustanowienia? Jesteśmy oznaczeni płciowo w pierwotnym akcie performatywnym i skazani na nieustanne powtarzanie owego oznaczenia w nieskończonym cytowaniu kulturowych wzorców płciowych. Najpierw strażnikami naszej poprawności płciowej są najbliżsi, którzy przyuczają nas do tego, co oznacza być dziewczynką, a co chłopcem. Potem rolę tę przejmuje grupa rówieśnicza, a potem już jesteśmy wystarczająco przyuczeni, by strzec samych siebie. Potem już „wiemy”, co przystoi mężczyźnie, a co kobiecie. I trzymamy się tego, choć nie istnieje żaden trybunał, przed którym możemy zostać postawieni za niesubordynację. Lub inaczej – trybunał ten to pewien sprytny efekt wyprodukowany w naszej świadomości, zwany sumieniem lub superego: boimy się śmieszności, nieprzyjemności, nieakceptacji. To wystarcza, byśmy przez całe życie nie ośmielili się zakwestionować owych niezliczonych przepisów związanych z funkcjonowaniem jako mężczyzna luba jako kobieta. Co więcej – identyfikacja płciowa staje się dla nas jedną z najważniejszych identyfikacji i od sukcesu w jej niezaburzonym funkcjonowaniu uzależniamy nasze osobiste szczęście. Naszym ideałem staje się więc bycie mężczyzną lub kobietą. Oczywiście: heteroseksualnym mężczyzną pożądającym kobiet i „posiadającym” kobiety oraz heteroseksualną kobietą będącą obiektem pożądania i „oddającą się” mężczyźnie. Bez własnej winy i bez własnej woli nasze pragnienia, nasze pożądanie, nasze uczucia zostają wpisane w nieubłagany mechanizm kulturowej dominacji. Wzorce płciowe, które stopniowo internalizujemy, są bowiem zaczepione w symbolicznej przestrzeni męskiej nadrzędności i to w niej znajdują swoje znaczenie i uzasadnienie. Przyuczając się do ich przestrzegania, przyuczamy się do niewoli względem kulturowego normatywu. Ustanowienie w nas i na naszych ciałach płci nie ogranicza się zatem wyłącznie do wyuczenia nas pewnych typów zachowań uznanych za właściwe. Chodzi o coś znacznie więcej: o zajęcie odpowiedniego miejsca w społecznym systemie władzy i dominacji, o regulację pragnienia, myślenia, odczuwania i postępowania tak, by dokonywać stałego u-obecniania (aktualizowania) kulturowego normatywu, który właśnie w naszych ciałach staje się rzeczywistością. Płeć jest narzędziem, przy pomocy którego heteroseksualni mężczyźni zawłaszczają przestrzeń kulturową i społeczną i utrwalają swoją dominację. Przy pomocy heteronormatywu płciowego dokonuje się skazanie na nieobecność kobiecości innej niż pisana z męskiej pozycji, dokonuje się także anihilacja pożądania homoseksualnego. Powstaje zatem następujące pytanie: co począć z tak opisaną i zdemaskowaną instancją płci? Czy próbować dokonywać rekonstrukcji kategorii płciowych tak, by usunąć z nich wszelkie elementy represji i przymusu? A może lepiej próbować wykroczyć poza płciowy binaryzm i kreować płynną identyfikację postpłciową? Spór w obrębie studiów gender na ten temat trwa, perspektywa społecznej teorii queer jest jednak bliższa paradygmatowi postpłciowości. Sądzimy bowiem, teoretyczki i teoretycy queer, że wszelkie spójne i domknięte kategorie powodują z konieczności efekty przemocy, blokując – jeśli mogę odwołać się do pojęcia Foucaulta – pragnienia na pozycji wskazanej przez zawarty w danej kategorii normatyw. Teoria queer wskazuje zatem na konieczność odrzucenia kategorialności płciowej i poszukiwania takich sposobów egzystencji, które umożliwią wymknięcie się ujarzmiającym siłom władzy płci. Sądzę, że seksualna odmienność (nieheteroseksualność) może – choć nie musi! – predysponować w sposób szczególny do eksploracji obszarów postpłciowości. Zanim jednak zastanowimy się na tym, o jakich szansach może być mowa, odpowiedzmy na pytanie dość banalne: pytanie o płeć gejów.


Jakiej płci są geje?


Odpowiedzmy na to pytanie bez wahania: geje nie posiadają żadnej płci. Żadnej z nich nie mogą bowiem zrealizować w sobie w sposób konsekwentny, skończony, ostateczny i zgodny z normą. Są zatem poniekąd skazani na płciową nienormatywność. Dlaczego?Homoseksualiści, jeśli mamy nadal używać tej skompromitowanej nazwy, a zatem ci, którzy ośmielają się pożądać osoby tej samej płci zaprzeczają swoim dewiacyjnym pożądaniem kulturowej grze męsko – kobiecej. Nie chcą pożądać tych, które przeznaczone są do tego, by być obiektem pożądania: kobiet. Z perspektywy kulturowej homoseksualizm to skandal wywracający porządek kulturowy do góry nogami. Mężczyźni pragnący mężczyzn wykraczają poza system społeczny oparty na zasadzie męskiej rywalizacji. Kobiety pragnące kobiet wypowiadają posłuszeństwo, zrywają niewolnicze kajdany nie godząc się na rolę przedmiotu społecznej wymiany i kierują swoje pragnienie do innych kobiet. Homoseksualizm oznacza nie tylko przekroczenie granic norm kulturowych, lecz wręcz rewolucję, niebezpieczną rewoltę uderzającą w samo jądro zachodniej cywilizacji: heteronormatywny patriarchalizm. Mężczyzna to ten, kto pożąda kobiet i rywalizuje z innymi mężczyznami. Gej nie pożąda kobiet, a zamiast rywalizacji z mężczyznami woli seks z nimi. Przestaje zatem wypełniać kulturowe znamiona mężczyzną, przestaje być mężczyzną. Czy staje się tym samym kobietą? Oczywiście nie: nie posiada macicy i odpowiedniego zestawu chromosomów. Kim zatem jest? Z perspektywy kulturowej płciowości: nikim.Naturalnie taki stan nie jest możliwy do zaakceptowania: procedury kulturowego przymusu obligują do bycia albo mężczyzną, albo kobietą. Pozostają zatem dwie strategie: albo za wszelką cenę udowodnić sobie i innym, że jednak jestem mężczyzną, albo zbliżyć się w kierunku kobiecości. Pierwszy przypadek to geje ostentacyjnie podkreślający swoją męskość, przywiązanie do piwa i piłki nożnej, szorstkość w obyciu i seksie. Drugi to geje uwielbiający się trochę „poprzeginać”, mówiący o sobie w rodzaju żeńskim. W obu przypadkach, każdy to łatwo zaobserwuje w dowolnym klubie gejowskim, zapał w podkreślaniu identyfikacji płciowej – męskiej lub kobiecej – prowadzi do przerysowania, ośmieszającego normy płciowe. Geje, funkcjonujący na pograniczu płci, ukazują jednocześnie umowność granicy pomiędzy kobiecością i męskością. Uwikłani w dwuznaczną grę pomiędzy normą męskości a normą kobiecości, przechodzą swobodnie przemieszają się poprzez granice pomiędzy nimi, wciąż jednak drepcząc po jednej lub po drugiej stronie, balansując na granicy, oscylując wokół niej. W zasadzie nie mają wyjścia, nikt z nas nie ma wyjścia: zbyt głęboko zaszczepiono w nas potrzebę posiadania identyfikacji płciowej. Doświadczenie gejowskie obejmuje zatem szamotaninę, która jest raz gniewnym potwierdzaniem swojej męskości, tym gniewniejszym, im silniejszy jest patriarchat w przestrzeni społecznej, w której żyją. Polska jest taką przestrzenią społeczną: geje odczuwają tu silną potrzebę podkreślania swojej męskości, bowiem przyznanie się do posiadania również tego, co kulturowo kobiece wydaje się być obelgą, poniżeniem. Męska męskość zasługuje na waloryzację, jest nagradzana i doceniana. Męska kobiecość jest dziwactwem, obiektem pogardy i kpin. Nie być dość męskim: oto straszliwe zagrożenie dla geja, zagrożenie, któremu trzeba przeciwdziałać. Poruszamy się na bardzo grząskim gruncie, jakże łatwo tu o emocje, które wezmą górę nad teoretycznym wywodem. Próbujemy bowiem mówić, myśleć i pisać o rzeczach, które są niezgodne z tym, co kulturowo nakazane i co od dzieciństwa było nam wpajane jako właściwe. Splątani kłączem relacji przemocy próbujemy szarpać się i przesuwać poza obręb tego, co normalne, usankcjonowane normą. Zarazem chcemy być normalni, zarzut, że nie jesteśmy normalni, odbierany jest jako obelga, budzi agresję. Teoria queer, która jest teorią nienormalności właśnie, w Polsce dopiero raczkuje w dość dziwnej, ugrzecznionej, zamkniętej do kółek zainteresowań, formie. A to właśnie w ramach tej teorii powiadamy: bycie normalnym mężczyzną lub normalną kobietą to straszne nieszczęście. Męskość i kobiecość bowiem to coś więcej niż posiadanie penisa lub waginy, to coś więcej niż rola do odegrania: to miejsce w społeczeństwie, to pozycja dominacji lub uległości, to więzienie gestów, zachowań, pragnień narzuconych, zadanych, wymaganych. To przede wszystkim brak odwagi do swobodnego kreowania własnych pragnień, własnych gestów, własnych zachowań, to brak odwagi do czynienia swego życia dziełem sztuki, to odtwórczość zamiast twórczości. Co więcej, to uczestnictwo w systemie przemocy, to wyrządzanie krzywdy, to zgoda na niesprawiedliwość płciowej nierówności, zakorzenionej w samym myśleniu o płci. Z tej perspektywy nienormalność seksualna, która oznacza ipso facto wykroczenie poza normę płciową, w której wszak zawarty jest także heteronormatywny nakaz pożądania płci odmiennej, ta nienormalność jest szansą na pozbycie się krzywdzących kulturowych formuł. Gej w oczach świata nie będzie mężczyzną, choćby stylizował swoje ciało w najbardziej męski sposób, jaki tylko przyjdzie mu do głowy. Mężczyzna bowiem to ten, który zdobywa i posiada kobiety, tak brzmi normatywny, kulturowy wyrok, tak skonstruowana jest przestrzeń społeczna. Warto może zatem spróbować pomyśleć nie o tym, jaką tragedią jest ta sytuacja, lecz jaką szansę daje.Postpłciowa kobiecośćMęskość to władza, władza zaś to zawsze władza nad kimś. Im większa władza, tym mniejsza wolność tego, nad kim władza jest sprawowana, tym większe jego ubezwłasnowolnienie. Władza nie jest nigdy sprawowana bezinteresownie, jest zawsze władzą „dla” czegoś. Kto dąży do władzy, czyni to że względu na jakiś swój interes, który chce przy pomocy władzy urzeczywistnić. Zazwyczaj chodzi o zagarnięcie jakiegoś dobra na wyłączność. W przypadku władzy męskiej chodzi o wyłączną dominację w sferze kulturowej i społecznej, o wyłączny dostęp do dóbr ekonomicznych i kulturowych, wreszcie o władzę nad kobietami: płcią ustanowioną w roli służebnej wobec męskości. Taka męskość to przemoc i niesprawiedliwość. Z tego powodu teoria odmienności przyjmuje kierunek od męskości ku kobiecości jako drogi od tego, co dominujące ku temu, co upodlone. Społeczna teoria queer obejmuje bowiem dość oczywisty w obecnym stanie wiedzy humanistycznej projekt przestrzeni społecznej opartej na paradygmacie sprawiedliwości. Nie mamy odwagi, by o tym marzyć, lecz ostatecznie o to chodzi: o społeczeństwo bez przemocy, także tej ukrytej w mechanizmach wiedzy / władzy. Bez względu na to, jak szalony (i słusznie, rozum bowiem spłonął w Auschwitz) wydaje się ten projekt, jest on tym punktem na horyzoncie, ku któremu usiłujemy się przemieszczać. Ten projekt wymaga odrzucenia męskości jako kategorii wyznaczającej sposób bycia w świecie i opowiedzenia się, strategicznego, politycznego i teoretycznego opowiedzenia się za kobiecością jako przestrzenią poza-obecności. Zauważmy: kultura, ta, którą żyjemy obecnie, zbudowana jest w obrębie męskiej obecności, wyraża męską obecność i jej jest podporządkowana. Jeśli cokolwiek w tej kulturze jest, to jest poniekąd męskim „byciem”. Bycie tego, co męskie wyznacza bycie tego, co kulturowe i oznacza bycie tego, co społeczne. „Jest” to ruch wewnątrz symbolicznego porządku męskości. Kobiecość także „jest” poprzez męskość, jest wypowiadana z perspektywy męskości. Sama w sobie jest niewypowiadalna, nieoznaczająca, bezsensowna. W gruncie rzeczy „nie jest”, nie ma jej. I dlatego staje się dla nas bramą prowadzącą poza normę: jeśli chcemy wykroczyć poza przemoc i niesprawiedliwość, musimy ruszyć ku kobiecemu nie-byciu i w tym nie-byciu się zatracić. Potrzebny jest nam ruch zatraty, szaleństwa, nienormalności, bezsensu, ruch poza obecność. Ruch różnicy (ujmowanej po derridiańsku), czy odstępu – lepiej powiedzieć: otchłani - pomiędzy jedną obecnością a drugą, jednym sensem, a drugim. Oto trop zatem: to, co jest, można wypowiedzieć. Wypowiedź zaś możliwa jest jedynie w porządku męskiej dominacji, to, co wypowiedziane, natychmiast staje się zapikowane sensem męskości. Ale nie można wypowiedzieć tego, co zmienne, niespójne, otwarte, migotliwe, nie można wypowiedzieć tego, co pojawia się i znika, jednocześnie jest i nie jest, pojawia się to tu, to tam, raz takie, a raz zupełnie inne. Oto, czego nam potrzeba: nieustannego ruchu ku kobiecej nieobecności, ruchu polegającego na niestrudzonym wynajdywaniu coraz to nowych form bycia, kształtowania swojego pragnienia, sposobu bycia, stylu życia. Płeć gejów to taki właśnie ruch: strategiczny ruch ku kobiecości jako temu, co nieobecne, co pozakulturowe, co pozasymboliczne. Nie-normalność seksualna jest szansą, premią na starcie: samo homoseksualne pożądanie jest już ruchem od tego, co męskie (pożądanie kobiety przez mężczyznę) ku temu, co kobiece (pożądanie mężczyzny). To strategiczne opowiedzenie się po stronie przegranych, zdominowanych, znajdujących się na straconych pozycjach po to, by wraz z nimi podjąć trud budowy sprawiedliwości. Ten ruch ku kobiecości musi być jednak nieustannie ponawiany, podejmowany na nowo, w coraz to różnych punktach ciała, doświadczenia, egzystencji. To nie tyle i nie tylko uparte i subwersywne zaprzeczanie własnej męskości – gdyby było konsekwentne, mogłoby zostać opisane, a zatem ujęte w ramy nowej normy i podległe ponownie kłączu przemocy – lecz także niestrudzone wynajdowanie własnej kobiecości, gejowskiej kobiecości jako egzystencji poza kulturą męskiej, heteronormatywnej przemocy. Nie oznacza to jednak: tworzenie „trzeciej płci”, tworzenie nowej kategorii. Chodzi nie o tę kobiecość, która jest i która w jakikolwiek sposób może być: kobiecość uległą i podległą męskiemu posiadaniu. Chodzi o tę kobiecość, która nie jest, która jest nie-byciem, wykroczeniem poza męskie bycie, poza męską obecność, poza męską kulturę. Chodzi o kobiecość: kobiecość przekreśloną, czyli nie tę kulturową, normatywnie utrwalona, ale o kobiecość pozanormatywną, niewyrażalną, niewypowiadalną, będącą czystym sprzeciwem wobec płciowego normatywu. Geje powinni się nauczyć nie być po kobiecemu, opowiedzieć się przeciw dominującej męskości, stanąć po stronie upokorzonej kobiecości i kreować kobiecość jako permanentną praktykę kulturowego oporu, wymykającą się jakiemukolwiek wypowiedzeniu i opisaniu. Stoimy w tym momencie przed znaczną trudnością teoretyczną: staramy się bowiem myśleć o czymś, co nie da się pomyśleć, a przynajmniej co nie powinno dać się pomyśleć. Tym czymś jest właśnie kobiecość, będąca czystym ruchem oporu przeciwko kulturowej przemocy. Możemy pisać jedynie w ramach dyskursu, który jest męski. Gdybyśmy próbowali opisać kobiecość, natychmiast stałaby się ona elementem owego dyskursu i przerodziła w zwykła, podlegającą męskiemu spojrzeniu kobiecość. Wydaje się jednak wystarczającym powiedzenie, że chodzi nam o stałe odpychanie od swej egzystencji tego, co usankcjonowane normatywnie w obrębie obu płciowych kategorii. Jest to wysiłek codzienny, realizujący się w codziennych czynnościach, tych najprostszych i najbardziej podstawowych. Wymaga on wrażliwości na przejawy normatywności w najprostszych czynnościach i zdolności do natychmiastowego reagowania na ich pojawienie się. Jest to ruch oporu przeciwko domykającym, ujarzmiającym i blokującym kategoryzacjom, które nadają znaczenie naszej egzystencji, opisując je w taki, sposób, by stały się elementem narracji fallogocentrycznej.Doszliśmy w ten sposób do ostatecznej konkluzji naszych rozważań: z perspektywy kulturowej geje nie posiadają żadnej płci, ich doświadczenie bowiem wykracza poza normatywny opis męskości, poza definicję męskości, której konstytutywnym elementem jest pożądanie kobiety. Także normatywnie ujmowana kobiecość jest im niedostępna z przyczyn czysto biologicznych. Stylizacja ciała, starająca się bądź wbrew wszystkiemu potwierdzić męskość, bądź subwersywnie wykroczyć ku kobiecości, jest zawsze nieskuteczna. Oszustwo się nie uda, w oczach normatywnie urządzonego świata gej zawsze będzie bądź niepełnym mężczyzną ze względu na swoje dewiacyjne pożądanie, bądź dziwakiem, odgrywającym elementy zachowania kulturowo uznawanego za kobiece. Pozostaje zatem ruch jawnej kontestacji norm płciowych, będący, jak się okazuje, ruchem ku kobiecości pojmowanej nie jako kategoria płciowa – te bowiem staramy się pozostawić za sobą – lecz jako ruch poza męską obecność oznaczając całą przestrzeń kulturową w poszukiwaniu autonomicznego stanowienia samego / samej siebie. Pozostaje nam ruch – rzeczywisty, realizowany w codzienności, angażujący całe ciało – ku fantazmatycznemu „tam”, czyli ku takim pozycjom, gdzie przemoc płciowa zostanie przezwyciężona (stąd konieczność strategicznego opowiedzenia się po stronie kobiecości), w kierunku przestrzeni postpłciowości, w kierunku pęknięć i nieciągłości w kulturowym, fallogocentrycznym i heteronormatywnym, sensie, w kierunku przestrzeni wszechogarniającej odmienności. Pozostaje nam krzyk sprzeciwu wobec męskości jako dominacji i kobiecości jako podległości. Krzyk, który być może pewnego dnia okaże się na tyle potężny, by otworzyć przestrzeń do konstruowania nieskończenie zróżnicowanej przestrzeni bez przemocy i dominacji.


Jacek Kochanowski[tekst opublikowany w: Gender. Konteksty, red. M. Radkiewicz, Rabid, Kraków 2004.]

11 czerwca 2010

Ars Homo Erotica, a wsród prezentowanych dzieł prace Karole Radziszewskiego

Wystawa ma charakter współczesny i historyczny, erotyczny i polityczny. Tytuł oznacza sztukę homoerotyczną związaną z pożądaniem i miłością do tej samej płci. Ars Homo Erotica jest zanurzona w tradycji kultury, ale nawiązuje do aktualnej polityki praw mniejszości. Łączy mity i historię sztuki z teraźniejszością i debatami nad kondycją demokracji. Odnosi się do filozofii erotyzmu jako doświadczenia prowadzącego do humanistycznych idei afirmujących radość życia i seksu, nawet w obliczu represji.
Wystawa jest propozycją innego spojrzenia na historię kultury, kolekcję muzeum i sztukę Europy Środkowo-Wschodniej. Dzieła wybrane ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie oraz prace specjalnie zaproszonych artystek i artystów współczesnych ukazują przekrój przez historię kultury – od antyku do współczesności – z punktu widzenia homoerotycznej wyobraźni. Jest to zwrócenie uwagi na odmienny dla cywilizacji zachodniej kanon sztuki i miłości oraz wydobycie go spod heteronormatywnego filtra i tabu. „Homoerotyka” traktowana jest jako jakość estetyczna i erotyczna obecna w przedstawieniu wizualnym. Kryterium selekcji nie jest więc orientacja artysty lub artystki, ale temat lub kontekst dzieła.
Wybór dzieł pod kątem kobiecej i męskiej ikonografii homoerotycznej pozwala na odmienianie kolekcji muzealnej, docieranie do sfer nieświadomości, odnowę sposobów prezentacji. Wiąże się z odkryciem i zaakcentowaniem wielu obiektów zapomnianych, zwraca uwagę na pomijane znaczenia.
Męski i kobiecy homoseksualizm różnił się w swych formach w zależności od okresu. Jest to różnorodność w uniwersalności. Stąd wynika transhistoryczny i eklektyczny charakter prezentacji wprowadzającej w świat obrazowy pełen aluzji, kodów i podtekstów. Tylko w ten sposób w wielu epokach prześladowany homoseksualizm mógł być wyrażany. Wystawa jest okazją do przypomnienia podwójnych znaczeń mitologicznych lub biblijnych opowieści.
Aby uporządkować wielość przedstawień i metafor, ekspozycja została podzielona na sekcje tematyczne, gdzie dzieła sztuki dawnej zestawiono ze współczesnymi. Powstaje narracja, która ma swoją stopniowaną politykę, erotykę i estetykę.
Wejdźmy zatem do homoerotycznego uniwersum, pamiętając, że erotyzm i pożądanie to nie tylko zmysły i ciało, ale także aspekty wewnętrznego życia człowieka, historii kultury i polityki obyczajowej. Wszystkie te wymiary odnajdziemy na wystawie.
Ekspozycję rozpoczyna w holu głównym Czas walki poświęcony sztuce wobec polityki seksualności i praw człowieka. Umożliwia to wprowadzenie w historię kultury poprzez aktualną sytuację polityczną w Europie Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu podczas wędrówki przez kolejne wymiary homoerotyki nie zapominamy o kontekście społecznym. We wszystkich epokach był on bowiem równie burzliwy jak obecnie, a sztuka zawsze powstawała wobec norm nałożonych na różnorodność seksualności.
Homoerotyczny klasycyzm to galeria klasycznych i klasycystycznych aktów oraz portretów męskich przypominających antycznych bogów i bohaterów, z którymi związane są homoseksualne mity i historie. Klasycyzm to estetyka inspirowana sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. W kulturze europejskiej wyobraźnia homoseksualna wywodzi się także stamtąd. Homoerotyczny klasycyzm prowadzi nas zatem do źródeł zachodniej cywilizacji, sztuki, erotyki i demokracji.
Akt męski przedstawia różne formuły zmysłowego aktu męskiego, od XIX-wiecznych studiów akademickich i malarstwa realistycznego po współczesną sztukę gejowską.
Pary męskie i Ganimedes akcentują romantyczną i erotyczną ikonografię par męskich w dosłownych pracach współczesnych oraz w dawnej metaforycznej sztuce mitologicznej i religijnej. Oglądamy homomitologię związków Hiacynta i Apolla, Achillesa i Patroklesa, Dawida i Goliata, Zeusa i Ganimedesa.
Święty Sebastian to sekcja poświęcona największej homoerotycznej ikonie chrześcijaństwa i jej wcieleniom, od renesansowego malarstwa po sztukę wideo.
Imaginarium lesbijskie jest kolekcją obrazów innej kobiecości w całej historii sztuki. Prezentujemy continuum kobiecego homoerotyzmu, które istnieje w kulturze wizualnej od Safony na antycznych wazach po współczesne portrety lesbijskich par.
Transgender to sekcja wystawy i pojęcie dotyczące wyobrażeń tożsamości, które są pomiędzy płciami, przekraczając normatywny binarny system płciowy. Sztuka prowadzi od mitycznej androgynii do nowoczesnych maskarad i polityki podważania płci.
Archiwum prezentuje polskie plakaty reklamujące słynne dzieła znanych homoseksualnych reżyserów, dramaturgów i artystów.
Paweł Leszkowicz