27 sierpnia 2010

Czy lesbijki w ogóle istnieją? O ''Seksie lesbijskim'' pisze Uschi "Sass" Pawlik

Wbrew pozorom pytanie, które pojawiło się w tytule nie ma nic wspólnego z socjologicznie (nie)uzasadnioną nieobecnością kobiet w przestrzeni publicznej, czy mniejszą rozpoznawalnością kobiet niż mężczyzn homoseksualnych. Nie, tym razem chodzi o przeznaczony dla nieheteroseksualnych kobiet poradnik traktujący o ars amandi.“Seks lesbijski. 101 pozycji” to niewielka, poręczna książeczka, elegancko wydana - twarde okładki, dobry papier. Aż ręka świerzbi, by po nią sięgnąć, szczególnie że o ile “niegrzeczne” kąciki naszych polskich księgarń pełne są pozycji o heteryckiej sztuce miłości, o homoseksualnej jest tak mało, że niemal nic.Sięgamy więc po “Seks lesbijski”. Cóż w nim znajdziemy?Otwieramy. Zdjęcia. Dużo zdjęć. Każda ze 101 pozycji jest zilustrowana, zdjęcie większe niż tekst ją ilustrujący. Zdjecia piękne, proste, utrzymane w ciepłej tonacji. Tylko że niepokojąco przypominają coś, czego przypominać chyba nie powinny. Zaraz zaraz, skąd my znamy tę stylistykę? Bliźniaczo podobne do siebie (choć reprezentujące różne typy - brunetka, blondynka, ruda), idealnie szczupłe dziewczęta o długich lub półdługich lokach, niezskazitelnych ciałach, długich paznokciach/tipsach i pełnych piersiach z pożądaniem rozchylają wargi i układają się w różnych pozycjach, podczas gdy ich nieskazitelne ciała pozostają... nieskazitelne. Tak, macie rację - to stylistyka heteryckich filmów porno z motywem “lesbijskim”.Oczywiście, nie jestem “wszystkimi lesbijkami świata”, ale mam poczucie, że takie przedstawienie seksu między kobietami nie jest dla kobiet nieheteroseksualnych zbyt podniecające, czy nawet ciekawe - takie to zbyt wystudiowane, zbyt chłodne, a przy tym jakieś obce. A przecież czytając i oglądając podręcznik sztuki kochania powinnyśmy odczuwać przyjemność oraz różne miłe reakcje fizjologiczne, taka lektura powinna być intymna, ale przyjazna, podniecająca, ale ciepła. Tutaj tego zabrakło. Tutaj nie ma lesbijek dla lesbijek. Tu są - czy ja wiem? “Lesbijki” dla panów-heteryków? Obiekty do badań o obcej kulturze? Manekiny?Tyle o formie. Zaś co do treści... Trudno mądrze wypowiedzieć się na temat książki niezawierającej literalnie niczego poza króciusieńkim wstępem, opisami 101 pozycji i swoistą “listą kontrolną” na końcu, pozwalającą odhaczyć pozycje już przećwiczone. Nie ma ani słowa o seksualności, erotyce, żadnego wprowadzenia, informacji zdrowotnych choćby... Odniosłam również wrażenie, że autorka założyła sobie osiągnięcie jakiejś magicznej liczby, a 101 idealnie się do tego nadawało. Większość pozycji to bowiem wariacje na temat tych najprostszych kilku, które intuicyjnie wybieramy w łóżku (czy też gdziekolwiek indziej). Wariacji, dodajmy, albo pozbawionych fantazji (“Narodziny Wenus”, “Pełne zanurzenie”, “Sen o Wirginii”, “Wojna pozycyjna”, “Łabędzie skrzydła”, “Głęboki oddech”, “Moulin Rouge”, “Uśmiech Safony”, “Czas spełnienia” i “Wiśniowy sad” to praktycznie jedna i ta sama pozycja...), albo udziwnionych do granic jakiegokolwiek rozsądku (oraz praw grawitacji). Wytrzymanie w pozycji “Geominetria” czy “Wysoka sztu(cz)ka” więcej niż kilka minut wydaje się mało realne, jeśli nie ma się ciała akrobatki cyrkowej... Reakcją na opisy niektórych pozycji będzie raczej nieopanowany chichot niż podniecenie.Z zawodu jestem tłumaczką, więc mogę docenić jeden aspekt tej publikacji, a mianowicie przekład właśnie. Nie widziałam oryginału, ale treść, jak można się domyślić, jest taka sama. Doceniam natomiast kunszt tłumacza (hail! Piotr Mwaba), który w ubożuchnym w miłe erotyczne określenia języku polskim wyczarował perełki. “Różyczka”, “maliny kochanki”, “wnikanie do wnętrza partnerki”, “namaścić” czy wręcz “petite praline”... Wpadek nie udało się jednak uniknąć. Czy brzmi bowiem erotycznie nazwa pozycji “Dubeltówa” lub “Tyrada trybady”? Czy dodają uroku opisom erotycznych przyjemnści słowa takie jak “klitoris”, “anus” czy “cunnilingus”? Brak realnych lesbijek, brak odkrywczej, czy choćby ciekawej dla kobiet nieheteroseksualnych treści, język balansujący między urokliwością a śmiesznością - “Seks lesbijski. 101 pozycji” to niewielka, poręczna książeczka, elegancko wydana - twarde okładki, dobry papier. Niestety, nic więcej dobrego nie można o niej napisać. Szkoda.
Źródło : Portal homiki.pl

O aborcji w Wyborczej


20 sierpnia 2010

Sprawa wagi genderowej

Pod tym klipem przeczytałam zaskakujący komentarz. Brzmiał tak oto : "Ciągle myślę, że ta piosenka jest o odchudzaniu..."

19 sierpnia 2010

Renta dla Krystyny/Andrzeja

Pan Andrzej wystąpił do ZUS o rentę. Zakład zbaraniał. Bo pan Andrzej przez wiele lat był panią Krystyną. Ale źle się czuł w swoim ciele. Zoperował się i został mężczyzną.

Na początku roku pan Andrzej zachorował. Dostał zwolnienie z pracy. Gdy choroba się przedłużała, wystąpił do ZUS o rentę. Oddział, do którego kilka tygodni temu wpłynął wniosek, wpadł w popłoch. Nie wiedział, jak pana Andrzeja potraktować.Z jednej strony miał sądowy wyrok zmiany płci na mężczyznę. Z drugiej - pan Andrzej, jakkolwiek by na to patrzeć, urodził się kobietą i jako kobieta figurował w dokumentach ZUS. Oddział wystąpił o pomoc do centrali w Warszawie. - Rzeczywiście, pojawił się problem techniczny. Nasi klienci klasyfikowani są m.in. według numeru PESEL. I jedna z cyfr tego numeru [dziesiąta - red.] określa płeć. Parzysta to kobieta, nieparzysta - mężczyzna. Pan, który się do nas zgłosił, miał cyfrę przyporządkowaną kobiecie. Oddział nie wiedział więc, co robić - przyznaje Przemysław Przybylski, rzecznik centrali ZUS.Centrala problem rozwiązała. Wprowadzono "odpowiednie zmiany techniczne w systemie". Jakie? Tego rzecznik nie ujawnia. Ale obiecuje, że takich problemów już nie będzie. - Jesteśmy przygotowani na podobne wnioski. Ktoś, kto zgodnie z obowiązującymi procedurami prawnymi zmienił płeć, będzie przez nas traktowany zgodnie z tym, jaką płeć ma w chwili obecnej - dodaje Przybylski. W Zakładzie nie ukrywają, że zyskać mogą zwłaszcza osoby, które były mężczyzną i stały się kobietą. Dlaczego? Bo pięć lat wcześniej będą mogły odejść na emeryturę. W Polsce wiek emerytalny dla kobiet to 60 lat, dla mężczyzn 65. W Europie ostatnio głośno było o Brytyjce Christine Timbrell, która wcześniej była Christopherem. Dwa miesiące temu wygrała w sądzie apelacyjnym sprawę o przyznanie emerytury od 60. roku życia, o pięć lat wcześniej, niż gdyby nadal była mężczyzną. Wcześniej zarówno urząd podatkowy, resort pracy, jak i sąd pierwszej instancji mówiły za każdym razem nie. Brytyjskie prawo dawało bowiem transseksualistom pełne prawa emerytalne (przysługujące nowej płci), ale tylko, gdy rozwiedli się z żoną lub mężem, których poślubili jeszcze przed operacją.- Odmówienie praw emerytalnych osobie transpłciowej byłoby uznawane również w Polsce za ewidentny przykład dyskryminacji ze względu na płeć - mówi Robert Biedroń z Kampanii przeciw Homofobii. Czy można wyobrazić sobie, że ktoś w kraju zmienia płeć tylko po to, aby wcześniej pójść na emeryturę? - A pan dałby sobie odciąć penisa, żeby wcześniej odejść na emeryturę? Jestem przekonany, że nie. Płci nie zmienia się jak sukienki czy spodni - tłumaczy Biedroń. Mówi, że zmiana płci to wieloletni proces, poprzedzony badaniami psychiatrycznymi i seksuologicznymi. Później droga sądowa. Osoba chcąca zmienić płeć musi wystąpić z pozwem. Tylko w ten sposób można zmienić wpis do aktu urodzenia. A to konieczne, aby dostać sądowe stwierdzenie zmiany płci.Polska była jednym z pierwszych krajów, gdzie przeprowadzano takie operacje. Już w latach 60. władze pozwalały na korektę płci. Wtedy Sąd Najwyższy stwierdził, że "przynależność do określonej płci jest dobrem osobistym i jako taka podlega ochronie".Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma danych, ile osób w Polsce zmieniło płeć. Ostrożne szacunki mówią o kilkudziesięciu osobach rocznie. Yga Kostrzewa ze stowarzyszenia Lambda Warszawa walczącego o prawa gejów i lesbijek nie ma wątpliwości, że z takimi przypadkami ZUS będzie się stykał coraz częściej. I dodaje, że osobom trans trzeba pomóc przez zmiany w prawie. Renta powinna im przysługiwać przez cały okres zmiany płci (operacja, kuracja hormonalna itd.). - Ten proces trwa dwa-trzy lata. Koszt zabiegów jest astronomiczny - minimum 20 tys. zł. Osoba zmieniająca płeć płaci za to z własnej kieszeni. Pracę w tym czasie znaleźć jej trudno, a jeśli nawet jakąś ma, często jest z niej wyrzucana - przekonuje Kostrzewa. Panu Andrzejowi ZUS przyznał rentę do listopada. O tym, czy będzie przedłużona, zdecydują kolejne badania.
Źródło: Gazeta Wyborcza

14 sierpnia 2010

Trans w obiektywie

Transseksualista Marina Till w swoim domu. Przeszła już setki kuracji hormonalnych i badań psychoterapeutycznych, które w znaczny sposób wycieńczyły jej organizm. Od wielu lat marzy o zmianie płci lecz najzwyczajniej nie stać jej na zbyt kosztowną operację. Nie akceptuje siebie, nie akceptuje swojego ciała. Częste próby samobójcze i znaczne ilości alkoholu są dla niej sposobem na ucieczkę, przede wszystkim od świadomości, że ciało, w którym żyje, nie należy do niej.

Fotoreportaż Adama Lacha/Napo Images Cały reportaż: http://napoimages.com/index.php?gdzie=10&id=54&jezyk=an&jezyk_wybrany=tak

12 sierpnia 2010

DZIECKO?

Jakoś tak przedziwnie się zdarza, że jeśli statystyczna Polka i statystyczny Polak nie polubią jakiegoś filmu, to ja wręcz przeciwnie. I oto nie dalej jak wczoraj okazało się, że „Projekt dziecko czyli ojciec potrzebny od zaraz” dołączył do moich ulubionych obrazów. Choć oczywiście recenzje ma kiepskie. Stało się tak za sprawą „żartu pod nosem”, z miną jak gdyby nigdy nic, którego w filmie nie brakuje. Poza tym sceny – bardzo lubię metodę „z kamerą wśród zwierząt”. Zero wymalowanej mordy, zero pięknych twarzy, zero wygładzonych dialogów, zero "hi hi hi ha ha ha". Brud ulicy i prawdziwe życie śmieszą przeciez najbardziej. Trochę jak we francuskich filmach. Poza tym „Projekt dziecko” można zlustrować genderowo i może nawet, przy odrobinie dobrej woli zauważyć, że nie ma w tym filmie wyłącznie „typowych” polskich mężczyzn i typowych polskich kobiet. Lubię to. A jeszcze bardziej lubię, że to nie jest komedia z serii „Lejdis” i „Testosteron”.

5 sierpnia 2010

My sex is XXY. My gender is XXY, too.

Alex jest hermafrodytą. W starożytnej Grecji uchodziłaby za bóstwo, dziś jest traktowana jak odmieniec, dziwoląg, błąd w systemie. Współczesna medycyna odarła hermafrodytyzm z tajemnicy. Orzekła, że jest on po prostu wynikiem pojawienia się anormalnego zespołu chromosomów u noworodka, tylko cierpieniom poszczególnego człowieka –tego anormalnego hermafrodyty– nie potrafiła zaradzić.

Rodzice Alex/-a, bojąc się szykan i drwin, które mogłyby skrzywdzić ich dziecko, wybrali wieczną ucieczkę. W Urugwaju, do którego wynieśli się z Argentyny, los chwyta ich niestały ład znowu za gardło. W odwiedziny przyjeżdżają znajomi Ramario, Erica i ich syn Alvaro. Ramario jest chirurgiem i, powodowany lekarską troską, przyjechał ratować hermafrodytę. Ale jego metody – szkiełko i oko, zimne ostrze skalpela – przysłaniają mu ją/jego i tylko pogarszają sytuację.

Alex natomiast dorasta, szarpie się z sobą i z życiem coraz bardziej (podobnie niedopasowany wydaje się Alvaro, z którym Alex nawiązuje dziwną więź). Ma dość półprawd, zasłaniania jej przed światem. Chce wreszcie wiedzieć na czym stoi i czego od niej wszyscy chcą. Ale, na pewno nie chce dorosnąć. Bo dorośli w „XXY”, spętani normami, codziennością, która wykształciła w nich odruchy, a zabiła uczucia, są bezradni. Tylko krzywdzą mocniej, gdyż to w nich pokłada się nadzieję na zrozumienie i pomoc.

Dopiero nocne rozmowa z dorosłym mężczyzną, który kiedyś cierpiał podobnie jak Alex, pozwoli jej ojcu otrząsnąć się z letargu. Uświadomi mu ono, że spotkanie z Innością może się odbyć tylko przy całkowitej akceptacji drugiej osoby, że wymaga ono wyzbycia się siebie, bezinteresowności i całkowitego poświęcenia, które nie liczy na nic w zamian.

Lucia Puenzo konfrontuje postawę ojca Alex z Ramario, którego wizja rodzicielstwa, oparta na skardze i zawiedzionych oczekiwaniach, buduje tylko mur między nim a synem. Ramario nie słucha syna i nie myśli o jego potrzebach. Każdą Inność traktuje jak perwersję, dlatego woli zniszczyć uczucie do swojego dziecka, niż zaakceptować to, że jest on może homoseksualistą.

Mimo, że dzisiejsza rzeczywistość jest coraz bardziej homogeniczna, Puenzo, debiutująca tym filmem, pokazuje, że Inność jest ciągle wyzwaniem dla człowieka i ciągle budzi ona strach. Ten strach idzie zawsze w parze z samotnością wykluczonego. Alex jest samotna tym bardziej, że nie znajduje w swoim otoczeniu podobnych do niej osób, z którymi mogłaby się skryć do getta, na które skazują zdrowe społeczeństwa odmieńców. Jedyną grupą, w której odzyska bratnie dusze, będzie rodzina, ale nie taka, w której wszystkie role zostały społecznie unormowane. Będzie to rodzina, w której panuje równość i partnerstwo, a ciało nie jest traktowane jako grzeszny i wstydliwy element. Dlatego tak wiele znaczą w „XXY” słowa ojca, który mówi w najważniejszej scenie filmu do swego dziecka, że będzie je bezwarunkowo ochraniał do czasu, gdy ono samo z tej ochrony nie zrezygnuje.

Kino argentyńskie zasłynęło ostatnio specyficznie rozumianym naturalizmem i behawioralnym opisem postaci. „XXY” jest inny. Młoda reżyserka, mimo, że pokazuje budzącą się seksualność i potrafi obserwować twarze ludzi, stawia na subtelne i pogłębione portrety psychologiczne. Tło nie odgrywa tu takiej roli. Najważniejsze są tu konfrontacje między ludźmi, emocje między słowami, momenty ciszy w rozmowie, cały kulturowy bagaż.

„XXY” zdobył sześć najważniejszych nagród Argentyńskiej Akademii Filmowej. Ale, co ważniejsze, odniósł też spory sukces frekwencyjny. Obejrzało go ponad 200 tysięcy widzów. Dobrze by było, gdyby i w Polsce film Lucii Puenzo cieszył się równie dużym zainteresowaniem. U nas strach przed Innością ciągle istnieje. I ma wielkie oczy. (recenzja Jakuba Socha na www.stopklatka.pl )