3 grudnia 2010

Niezła sztuka...współczesna? prawdziwa?

Natknełam się niedawno na taką oto definicję prawdziwego artysty :


Dziś z kolei przeczytałam o potrzebie feminizmu w sztuce i zamieszczam, bo fajne!



O potrzebie feminizmu w sztuce

Poruszyłam ostatnio temat potrzeby feminizmu w sztuce. Moi dyskutanci twierdzą, że problem ten nie jest już aktualny. Artystki, a także kobiety w ogóle, nie są już dyskryminowane, mają równe szanse, a sama sztuka feministyczna jest dobrze promowana. Czy na pewno tak jest? Czy utrudnienia w karierze, z którymi spotykały się artystki w dawniejszych czasach, nie stanowią już żadnego problemu? Czy sztuka to obecnie obszar demokratyczny, otwarty na wszelkie obszary inności?
Gdy rozmawiam ze studentkami, niektóre mówią, że feminizm nie jest potrzebny, ale uwaga: uzasadniają to tym, że kobiety są raczej stworzone do tego, by zajmować się domem, a nie np. wielką karierą czy polityką. Tego rodzaju opinie wprawiają mnie zawsze w zadziwienie, pokazują, że wciąż w Polsce ma miejsce konserwatywny zwrot, rodzaj backlashu, który powoduje, że niektóre kobiety funkcjonują na zasadzie opisanego już dawno „zadowolonego niewolnika”. Pojawiają się jednak studentki oraz studenci, którzy mówią, jak bardzo feminizm jest wciąż potrzebny. Dziewczyny opowiadają mi np. o tradycyjnym podziale ról, który wciąż bardzo silnie wpływa na wybory życiowe młodych ludzi; o tym, że często młode artystki zakładając rodziny, tracą możliwość kontynuowania swojej kariery i wycofują się z rywalizacji w świecie sztuki. Sfera domowa, opieka nad dzieckiem wciąż traktowane są jako domeny kobiece, co powoduje, że kobietom jest po prostu trudniej znaleźć czas na realizację swoich aspiracji. Ale jestem ciekawa, co Wy o tym myślicie, na ile feminizm wciąż jest potrzebny w świecie sztuki?
Pytam o to również dlatego, że w zasadzie w samej sztuce można odnaleźć raczej tendencje postfeministyczne, niż otwarcie feministyczne. Czy jest tak, że artystki nie odczuwają już potrzeby tworzenia feministycznej sztuki czy raczej boją się bardziej radykalnych deklaracji i tego, że zostaną zmarginalizowane?


Natknęłam się jednak ostatnio na prace studentki Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, Małgorzaty Maciaszek, które prezentowane były w poznańskim Babilądzie.
Artystka o swoich pracach pisze tak: „Począwszy od plakatu z tytułowym hasłem „Kobiecy plakat”, który zwraca uwagę na problem udziału kobiet w sztuce (w tym także plakatu), poprzez plakaty zwracające uwagę na socjalizację płci, wychowanie seksualne, skończywszy na tych namawiających do walki o własne prawa, wszystkie mają na celu uświadomienie widzom problemów dotykających kobiety w polskim społeczeństwie.
Przecież wystarczy rozejrzeć się dookoła siebie: przyjrzeć się uważniej reklamom, które wymuszają na kobietach nieskazitelny wygląd i stają się źródłem tzw. terroru piękna lub z drugiej strony przedstawiają je w roli osób, dla których jedyną pasją jest pranie, sprzątanie, gotowanie i opieka nad dziećmi”.


A więc są osoby, które problem zauważają i otwarcie o nim mówią. Mi osobiście podoba się forma tych plakatów, które wykonane są na zasadzie graffiti zrobionego przy użyciu szablonu. Ta prosta forma odnosi się do sztuki ulicy, sztuki walczącej, wyrażającej sprzeciw na zastaną rzeczywistość. Prace są dosadne, ironiczne, ale jest to rodzaj gorzkiej ironii.
Pod każdym obrazem znajdują się informacje dotyczące sytuacji kobiet. Np. „Prawo studiowania w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych kobiety uzyskały w 1904 roku, na w Krakowskiej Akademii – w 1920 roku” albo: „Kobiety odbierają swe podrzędne położenia jako naturalne – nie wyrażają chęci walki o jego zrównanie z męskim, są przekonane, że taka, a nie inna sytuacja, także w sferze działalności ekonomicznej, jest oczywista. Nie mają zatem poczucia dyskryminacji, nie dążą do zmiany tej sytuacji; słaby sprzeciw wobec tradycyjnego modelu kobiecej roli społecznej, a nawet jego brak, jest tu znamienny”.
Zgadzam się z tą konstatacją i dlatego uważam, że feminizm jest wciąż potrzebny w sztuce. Choć podejrzewam, że nie jest to raczej popularny pogląd...


Wiecej na blogu: http://strasznasztuka.blox.pl/2010/11/O-potrzebie-feminizmu-w-sztuce.html

1 grudnia 2010

Światowy Dzień AIDS


"Niebieskie pigułki" to autobiograficzna historia związku młodego mężczyzny z kobietą zarażoną wirusem HIV, której synek również jest nosicielem wirusa. Wraz z bohaterami mamy okazję poznać zarówno mity i stereotypy dotyczące AIDS, jak i inny - bardziej "ludzki" wymiar dżumy XX wieku. Dzięki dynamicznym i oryginalnym rysunkom oraz niebanalnej fabule odkrywamy, iż pozytywny wynik testu na obecność wirusa HIV nie musi od razu oznaczać samotnego oczekiwania na uaktywnienie się choroby, lecz może stanowić początek nowego życia u boku kochającego partnera czy partnerki. Bohaterowie komiksu Peetersa zarażają nas swoim optymizmem. Zawarty w "Niebieskich pigułkach" opis sytuacji z ich życia ukazuje, iż nawet zmagania z wirusem HIV mogą stać się częścią codziennej rutyny.

"Niebieskie pigułki" zdobyły pierwszą nagrodę polskiej edycji Festiwalu Alph-Art, na którym jury złożone z uczniów liceów dwujęzycznych z Krakowa, Katowic, Gdyni, Poznania, Wrocławia i Warszawy oceniali siedem komiksów wydanych we Francji w 2001 r. i nominowanych do francuskiej nagrody Alph-Art w kategorii najlepszy album.
Młodzi jurorzy postanowili nagrodzić komiks Peetersa ponieważ "mówi o życiu i pokazuje jego prawdziwe oblicze, ugruntowuje wiarę w siłę miłości i celowość poświęcania się dla innej osoby. Ten album to dzieło bardzo osobiste, a wreszcie historia, która może zdarzyć się każdemu" - powiedział przewodniczący jury Andrzej Visentini.

Scenariusz: Frederik Peeters
Rysunek: Frederik Peeters

źródło: http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/niebieskie_pigulki/1